Czy jest sens uczyć się „po szkole”, czyli „na starość”? Czy to nie przesada, by zakładać, że trzeba się uczyć ciągle? Jaki jest sens? I czy jest jakiś pomysł, by nie zwariować w tej nauce?

Jest taki okres w życiu, gdy nie ma wątpliwości, że to w szkole się uczymy.

A jednak nie będę się zastanawiała nad formalną edukacją, bo … wiadomo – odbieramy świadectwo czy dyplom, wyruszamy do życia i pracy i szybko orientujemy się, jak mało umiemy.
I, że dopiero teraz przed nami prawdziwa nauka, i pracy, i życia.

Wtedy pojawia się pytanie: gdzie i czy jest kres tej nauki?

Czy to dorosłe uczenie się powinno być uporządkowanym procesem, jak studia, czy zbiorem kursów – małych tematów? Czy trzeba się uczyć dużymi partiami materiałów, czy, tak jakby, „przy okazji”?

Nie zadawałam sobie do dzisiaj takiego pytania, bo wieloletnia praca w zawodzie szkoleniowca nauczyła mnie, że uczestnicy zawsze chcą więcej niż można zdążyć przekazać – „ proszę jeszcze o ten artykuł, najwyżej sobie w domu doczytam”.
Ja sama, też tak robiłam. I niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto nie 🙂
Przynosiłam do domu tony wydruków, które miały się stać moim „mentalnym pokarmem” przez kolejne tygodnie po warsztatach, a które z biegiem lat wyłącznie pokrywały się kurzem.

I dopiero z czasem odkryłam, że dużo więcej pożytku daje mi uczenie się przy okazji, czyli wtedy, gdy potrzebuję.
Nazwałam to „slow education”, w analogii do idei „slow”, która podobno rozpoczęła się w 1986 od działań włoskich restauratorów, którzy nie zgadzali się z makdonaldyzacją włoskiej gastronomii.
Ruch ten jest obecnie tak powszechny, że nie wiadomo na pewno czy to rzeczywiście był początek, jednak, znając i uwielbiając Włochy za smakowanie rzeczywistości, jestem absolutnie skłonna w to uwierzyć.

Im szybciej świat wokół nas pędzi, tym więcej z nas chce wyjść z tej „chomiczej karuzeli”. I na coraz więcej obszarów życia rozszerza się idea slow.

Mnie samej slow jest bliskie od lat: chodzę na powolne śniadania do miasta, na powolne plenery zdjęciowe do lasu czy nad rzekę, spotykam się na powolną kawę z przyjaciółką. W pewnym sensie medytacja wglądu, którą praktykuję, też wpisuje się w nurt slow.

Wiem, tak jak wiele osób w moim wieku, że długoterminowo przyspieszanie nie przynosi większej satysfakcji w życiu, a nawet nie daje większych rezultatów. Można przycisnąć na chwilę, jak w sprincie, ale (jak często mówię) życie to maraton, nie sprint. Po sesji bezrefleksyjnego GO musi przyjść sesja nieuniknionego SLOW. Inaczej depresja, wypalenie i takie tam podobne.
Dlatego lepiej zadać sobie jedno małe pytanie każdego dnia, najlepiej takie, na które odpowiedź jest właśnie potrzebna i nad tym małym pytaniem się zastanowić.
Dzięki temu więcej się uczymy i odkrywa się jakiś punkt do przemyślenia albo jakieś „no, tak” czy „o, nie”.

To jest właśnie idealny tryb – uczenie się „przy okazji”. System emocjonalny człowieka, czyli mój i Twój też, woli drobne kawałki systematycznie niż wielki kawał od wielkiego dzwonu.

Dziś uświadomiłam sobie, że w rozwoju osobistym takie slow uczenie się najbardziej mi się podoba.
Dzięki niemu nie tylko uczę się dokładnie tego co mnie interesuje w tym momencie, ale jako, że dokładam małe kawałki do dużej układanki, tak jak puzzle, to nie męczę się tak bardzo, a tworzę wielki obraz. I to wprowadza rzeczywisty progres do mojego życia.